
Szkoda. Ale to tylko chwilowe. >> czwartek, 14 lutego 2008 18:59:57
Szczerze? Uwielbiam to opowiadanie. Jest najszczersze, jakie dotąd stworzyłam. Najdoroślejsze.
Ale źle zaczęłam, pozmieniałabym najchętniej kilka szczegółów... A tak mi szkoda.
Żal mi zmieniać cokolwiek.
Więc, póki co zostaje. Stworzyłam już chyba milion notek, ale żadna się nie nadawała. Poczekajcie, aż stworzę coś sensownego.
O ile się to zdarzy... Póki co pracuję na kilku innych blogach, a szkoła pochłania wbrew pozorom niesamowitą ilość czasu. Dochodzą do tego zuchy, i moja gromada, która pożera całe soboty i resztę tygodnia. Dziękuję bardzo.
Wszystko się ustabilizuje, to wrócę z pomysłami. Obiecuję. Jest to miejsce, którego nie opuszczę. Nie ma szans. ;D
komentarze [0]
Ciepłe cappuccino i lody truskawkowe... >> piątek, 2 listopada 2007 15:58:01
No cóż. Pierwsze ogłoszenie...
Dziękuję Gabrysi [:*] za budujący komentarz *patrz - notka pierwsza*.
No cóż. Może doczekacie się mojej książki, może TO wydrukuję... W każdym razie Gabb. będzie pierwsza.
A teraz zapraszam do lektury. Ten kawałek wyszedł mi długi, chyba najdłuższy ze wszystkich dotychczas. Nie wiem, czy mi wyszedł, sami oceńcie. Na pewno nie są to moje najlepsze wypociny...
***
Angelina nie zapomniała o zdarzeniu w parku. Nie... Ciągle myślała o chłopaku. Nie widziała jego twarzy, jednak znała głos. Codziennie, w każdej wolnej minucie analizowała każdą część wymiany zdań. Miała wrażenie, że "przyjaciel" wiedział o niej coś, czego nie powinien. Może było tak w istocie?
Chciała, żeby Mel już wróciła. Jej siostrzyczka... Cieszyła się razem z nią z wygranej, jednak dwa tygodnie to stanowczo za długa rozłąka...
Chcielibyście poznać kilka szczegółów z życia Angie?
Jednym z ważniejszych jest to, że codziennie przed snem rozmawiała z Lidią, swą matką. Miała jej zdjęcie koło łóżka, mówiła do niego... Zwierzała jej się, rozmawiała. Miała wrażenie, że mamusia żyje w tym zdjęciu, w niej samej... Każda normalna siedemnastolatka stwierdziłaby, że jest to żałosne i dziecinne. Nie, nie Magnussen. Ona nigdy nikogo nie wyśmiewała. Częściej to ona była obiektem kpin...
Drugim? To, że jej matka zginęła w wypadku, którego Aniołek był przyczyną. Jako pięciolatka wybiegła za piłką na uloicę, dokładnie piętnastego sierpnia... Wprost na nią jechał rozpędzony tir kierowany przez pijanego mężczyznę. Lidia wybiegła za małą, wypchnęła ją w ostatnim momencie, by zakończyć swój dwudziestosześcioletni żywot pod kołami samochodu... Oczywiście, Angie była na tyle mała, żeby nie rozumieć tej śmierci, i na tyle duża, żeby znać jej przyczynę. Wiele lat później pamiętała ten dzień, śnił jej się po nocach, był najgorszym koszmarem, najstraszniejszym wspomnieniem. Wiedziała, co noc złe głosy wywrzaskiwały te straszne słowa "Lidia zginęła przez ciebie! Ty jesteś powodem jej śmierci! Przynosisz nieszczęście! Jesteś córką diabła, a nie żadnym aniołem!"
Oczywiście wierzyła. Jej psychika nie wytrzymywała, dziewczyna zamknęła się w sobie, pozwalała dojść do siebie nielicznym...
28 Marca. Dzień powrotu Mel.
-Dzień dobry, Angie!-zawołała pulchna kobieta. Stała w drzwiach pięknego, bogatego domu, numer czterdzieści sześć. Miała te same szare oczy, ten sam nos, co Melinda.
-Dzień dobry pani Busstone! Chciałam się zapytać, czy Mel już wróciła...-przywitała się Angelina. Matka Melindy była strasznie kochaną osobą, nie dało się jej nie lubić. Dziwną więź czuła do niej nasza bohaterka, gdyż kobiecina zachowywała się nieraz jak matka Angie. Wiedziała, że mała straciła rodzicielkę, chciała jak najbardziej przybliżyć jej normalne dzieciństwo. Naprawdę lubiła dziewczynkę, a potęgowała to przyjaźń jej własnej córki i Magnussen.
-Ach, kochanie!-odparła kobiecina ciepło-Przecież wiesz, że pierwsze, co by zrobiła, to zadzwoniłaby do ciebie!-powiedziała, a widząc zakłopotanie na twarzy dziewczyny dopowiedziała:
-Niedługo będzie, za jakąś godzinkę. Wchodź, poczekasz na nią razem ze mną!-rozkazała stalowym, nieznoszącym sprzeciwu głosem, utrzymując jednak na swych ustach szeroki uśmiech.
Angelina kochała ten dom. Mimo, że z zewnątrz można było pomyśleć o przepychu, w środku był to wspaniały, przytulny dom. Zwykłe, niedrogie meble w ciepłych kolorach i orientalne ozdoby uspokajały, całość była przyjemna dla oka...
Mała zawsze chciała tu zamieszkać.
A co najbardziej w tym wszystkim jej się podobało? Oczywiście kuchnia. Utrzymana w brązach, beżach i nielicznych zieleniach sprawiała, że można było przebywać w niej bez przerwy. Wielki, rzeźbiony w drewnie słoń stojący przy oknie był najciekawszym i zarazem najśliczniejszym, choć surowym akcentem pomieszczenia.
Angelina usiadła przy drewnianej ławie z ciemnego dębu, a pani Tina, bo tak miała właśnie na imię matula Mel, zaparzyła gorącego cappucino, i podała lody truskawkowe.
Dziewczyna z kobietą rozmawiała dość nieśmiało, a jednocześnie dumnie o swoich pracach rysunku. Pewne specjalnie dedykowane były pani Busstone, wiele z nich oczywiście kobieta otrzymała. Była zachwycona pełną dojrzałością tych prac.
Gdy temat spadł na muzykę Mel, pianistka zawitała w drzwiach.
-O wilku mowa!-zawołała z uśmiechem mama "wilka".
Cała trójka usiadła przy na nowo zaparzonym cappuccino i,tym razem, czekoladowych lodach. Podróżniczka z zapałem opowiadała o zagranicznych przygodach, a jej matka i przyjaciółka wielce skupione słuchały opowieści wyobrażając sobie wiele rzeczy...
komentarze [2]
Rysowniczka. >> czwartek, 1 listopada 2007 07:38:13
Tak. Mel była piękna, inteligentna, uzdolniona. Ona miała cele w życiu. A nasza Angie? Nasz Aniołek? Za chuda, za niska, leciała na trójkach. Jakieś uzdolnienia? Tak. A i owszem...
Rysowała. Jej prace zawsze wygrywały w wielu konkursach. Nigdy jednak sama się nie zgłosiła. Nie wierzyła w siebie, w swój talent... Talent, który wciąż rósł. Jej prace miały w sobie głębię oceanu, żyły własnym życiem, a ona mogła zmieniać tor żywota papierowych postaci.
A więc co? Przenieśmy się.
jest 21 Marca. Mel otrzymała pierwsze miejsce w konkursie talentów. Obecnie nie ma jej w domu. Wygrała bowiem wyjazd do Bawarii...
-Angie! Chodż tutaj! - zawołał chuderlawy mężczyzna, koło czterdziestki. Był ojczymem Magnussen. Nazywał się Adam Mollison.
Dziewczyna podeszła do niego. To on, oprócz przyjaciółki, był jej jedyną podporą Był... Przyjacielem. Więź, która zawiązała się między czterdziestolatkiem, a szesnastolatką była niezwykła. Wierzyła mu, ufała... I z wzajemnością.
-Chciałeś coś?-zapytała uśmiechając się szczerze.
-Melinda jest w Bawarii?-zapytał. Mężczyzna wiedział, że Melinda pomaga jako-tako żyć jego małej gwiazdce... Angelina pokiwała głową, dając znak zgody. Teraz jej twarz nie uśmiechała się. Była zdziwiona takim pytaniem.
-Ostatnio twoje oceny nie są najlepsze. Zbierasz coraz więcej dwój i pał. to jest druga klasa! Jak tak dalej pójdzie, jeszcze gorzej będzie w trzeciej! I gdzie się potem dostaniesz? Będziesz, co najwyżej, zamiatała ulice! Zastanów się, mała!
-Adam... Ja...-zaczęła jąkać dziewczyna. Nie... Tego już za wiele!-Muszę zapalić. - dodała cicho i wybiegła z salonu.
Udała się w stronę parku, włączyła MP3. Taaak... Kochała Jamesa Blunta. "You're beautifull, is true...". Usiadła na huśtawce... Buło jej dobrze, jak nigdy. Włożyła do ust papierosa.
Nie lubiła rozmów na temat ocen. Wiedziała, do czego prowadzi jej nauka, ale, po prostu nie mogła, nie chciała, nie potrafiła...
-I co? Do czego to wszystko prowadzi?-usłyszała jakiś ciepły, nieznajomy głos. Nieotwierając oczu odpowiedziała:
-Nie wiem... Nie chcę wiedzieć. Mam to gdzieś.
-Pozwól sobie pomóc.
-Nie potrzebuję pomocy. Siedzę w bezdennym bagnie, zapada się coraz bardziej. Nikt już nie zdoła mi pomóc.
-Myślisz tak naprawdę? Nie... ty chcesz pomocy. Czyż nie tak?
-Nie mów mi, proszę, czego chcę. Wiesz, czego? Chcę, żeby moja przyjaciółka wróciła, chcę sama zamieszkać w drewnianym domu w jakimś sadzie, i mieć głupiego faceta. - teraz jedna łza potoczyła jej się po policzku. Nie znał jej. Czego od niej w ogóle chciał?!
-Powiedz mi jedną rzecz.
-Więc słucham?
-Dlaczego... Dlaczego, Aniołku, nie masz faceta?-Zapytał bezczelnie chłopak. Dziewczynę zatkało. Wstała powoli z huśtawki i nieoglądając się za siebie ruszyła... Do domu. Papieros dawno jej się wypalił, MP3 wyładowała. Wiedziała, że chłopak został za nią w tyle. Nie obchodziło jej to...
komentarze [0]
Skoroszyt z nutami... >> środa, 17 października 2007 20:18:56
Angelina. Wyniszczona przez nałogi... Tak. Bo to byli jej najwierniejsi przyjaciele. Wsiąknęli w nią, bez nich nie przeżyłaby minuty, byli z nią zawsze i wszędzie. A jednocześnie zwykła siedemnastolatka. Zniszczona...Przez swoje miasto.
Jestem ciekawa, czy chciałaby się podzielić z nami dzieciństwem. Wątpię... Opowiem jednak jej przyszłość, widzianą przeze mnie.
Stoczy się. jeszcze bardziej, niż to możliwe. Najprawdopodobniej zacznie ćpać, popadnie w towarzystwo z marginesu. Bój, jej ukochany przyjaciel zawładnie nią tak, by nie mogła się ruszyć, obserwowana i karcona przez niego nieustannie. Stanie się córą grzechu, skończy pewnie gdzieś w burdelu.
Powiesi się, lub popełni innego rodzaju samobójstwo. Ewentualnie zostanie zgwałcona w ciemnym zaułku, obrabowana i zadźgana...
Jednak nie o niej dzisiaj chcę mówić, a o jej najlepszej przyjaciółce, Melindzie Busstone, dziewczynie, która mimo wieku walczyła z Angeliną. Walczyła o jej życie. Nie wiem, czy jej się uda. Ale jest jedyną osobą, której, tak na prawdę zależy na tej biednej dziewczynie wyniszczonej przez życie...
Mel ma, tak samo, jak Magnussen, siedemnaście lat. Pochodzi z dobrego domu, gdzie zawsze był dostatek. Nigdy nie była zmuszona przeżywać jakiekolwiek kryzysy....
Piękna szarooka dziewczyna o idealnej figurze i seksownych brązowych lokach nigdy nie cierpiała na brak adoratorów...
Uzdolniona pianistka, przeciwniczka jakichkolwiek nałogów...
Ale powróćmy do historii, hm?
-Aniołku, możesz mi podać zielony skoroszyt z nutami? - zapytała Melinda swojej przyjaciółki. Był, dokładnie, dwudziesty pierwszy lutego. Dziewczyna przygotowywała się do konkursu młodych talentów, pokazywała swoje umiejętności teraz przyjaciółce, Magnussen.
Dziewczyna podała jej kartki, a pianistka zaczęła grać. Grała z pasją, palce jej śmigały po klawiszach fortepianu, sprawnymi ruchami przechodziła z jednego dźwięku, na drugi, jej utwory brzmiały jak najwspanialsze kompozycje, zatraciła się w muzyce, która chętnie wzięła ją w swoje objęcia, nie chciała pozwolić się jej wyswobodzić. Po niekończących się minutach gry dziewczyna skończyła.
A zaskoczona Angelina poczęła wzdychać nad nieszczęsnym losem elfki, którą sobie wyobraziła. Bo taka właśnie była ta muzyka. Jak zakochana w człowieku, biedna elfka...
komentarze [0]
Angelina Magnussen. >> piątek, 31 sierpnia 2007 21:14:19
28 Grudnia, Los Angeles.
Padał deszcz.
Średnio wysoka dziewczyna o lekko tłustych, czarnych włosach związanych w luźną kitkę, troszkę zadartym nosku, i zielonych oczach szła przez ulicę z nieodłącznym papierosem w ręku. Wytarte dżinsy sprawiały wrażenie lekko zużytych, a kurtka z wielkim kapturem sięgająca do bioder luźno leżała na ramionach. Oliwkowe vansy chrzęściły na wpół roztopionym śniegu.
Po Twarzy zielonookiej płynęły łzy. Słuchała muzyki ze swojej MP3.
Nuciła piosenkę, na wpół łkając, na wpół wymawiając słowa...
Tahoma. xHTML 1.0. Chcesz taki szablon? Luminatii.
